Terminarz rezerwacji.
W celu uzgodnienia możliwości wynajmu, prosimy o kontakt telefoniczny.
Kilka pytań do właścicieli.
Nasz pomysł zrodził się w 2000 roku . Wtedy było tutaj jeszcze w miarę spokojnie. Bieszczady są obecnie modne, a ziemię tutaj wykupują wyłącznie "ludzie z miasta". Osobiście znamy wielu podobnych do nas. Sami nie mieliśmy pojęcia, a nawet pieniędzy aby podołać temu zadaniu. Ale nie tylko my wpadliśmy na równie szalony pomysł. Równolegle ze Stefanówką powstawał dom przeniesiony z Podlasia do wsi Krywe. W Wetlinie znam ich co najmniej kilka. Podobno do dziś w Bieszczady przeniesiono już kilkadziesiąt starych chałup. Obecnie znamy niejedną osobę, która z chęcią uczyniłaby podobny krok.
Naszym zdaniem w Polsce brakuje porządnych planów zagospodarowania przestrzennego, lub zwykłego zacięcia lokalnych władz aby inwestorzy nie budowali według maksymy „wolnoć Tomku w swoim domku", czyli bez świadomości, że inwestycja swym charakterem słabo wpisuje się w lokalny krajobraz. Mnożą się realizacje przedziwnych tworów architektonicznych, bez związku z tradycyjnym budownictwem. Staraliśmy się zatem, aby Stefanówka zachowała oryginalny podkarpacki styl domu mieszczańskiego zbudowanego w technologii wieńcowej. O ile z zewnątrz, chcieliśmy się wtopić w krajobraz, to wewnątrz, pierwotny charakter ścian tynkowanych na matach z trzciny był już nie do odtworzenia. Zatem wnętrza, zostały zaaranżowane i wykonane na nowo, choć w „przaśnym" charakterze. Całe przedsięwzięcie kosztowało nas masę trudu, wysiłku i nerwów. Przede wszystkim zdani byliśmy na własne siły, gdyż na początku lat 2000, nie było w regionie wyspecjalizowanych firm.
Oprócz biurokracji na którą chyba każdy narzeka, mierzyliśmy się np. z odległością do sklepów. Materiały do budowy dowoziliśmy z miejsca odległego o 60 km, a wykończeniowe nawet z Krakowa, Rzeszowa i Warszawy. Do "mszenia", czyli utykania w elewacji wiórami drewnianymi ściągaliśmy fachowca aż z podhala. Mitem jest także łatwy dostęp do sezonowanego, suchego drewna w Bieszczadach.
Kolejną uciążliwością okazał się zwykły brak chętnych rąk do prac wykończeniowych. Widocznie wszyscy, którzy chcą i potrafią pracować szukają chleba poza granicami Polski... Sami z żoną wykańczaliśmy wnętrza, gdyż nie mieliśmy komu zlecić tych prac. W trakcie prac wykończeniowych podróżowaliśmy 2 – 3 razy w miesiącu z miejsca odległego aż o 500 km, jadąc w piątkową noc, aby od rana w sobotę i następnie niedzielę do wieczora pracowac jako tapeciarze, malarze, stolarze. Następnie wracaliśmy nocą do naszego domu, aby w poniedziałek stawić się w pracy.
Pomimo wielu trudności, jesteśmy dumni, że dom powstał i jest dla nas szczęśliwym miejsce gdzie spełniły się nasze bieszczadzkie marzenia.
Dzięki wspomnieniom - wracam.
Gdy spotyka cię nieszczęście, wróć do chwil,
kiedy w twoim życiu świeciło słońce,
kiedy beztrosko liczyłeś kropelki biedronek,
kiedy śmiech jak dzwoneczki
wypełniał powietrze, a potem pomyśl,
że jeszcze wiele takich chwil przed tobą.
autor: Katarzyn Ledwoń
Jedzie bieszczadzka ciuchcia - oficjalna strona "Bieszczadzka Kolej Leśna".